'
Temat dnia81. rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu Bezpieczeństwo publiczneRusza budowa ronda na skrzyżowaniu ulic Karolina i Krzeczowska w Bochni Powiat BocheńskiWyniki matur w Powiecie Bocheńskim
Bezpieczeństwo publicznePo wczorajszych burzach w Małopolsce

Trzy mile do...Drukuj



"Do Bochnie (gwarowo) jest trzy mile" - tak nasi ojcowie określali tę odległość, co przeliczane na kilometry dawało ich koło dwudziestu.

We wspomnieniach dotyczących życia wsi wcześniej czy później musi się pojawić miasto, w moim wypadku właśnie Bochnia, dla okolicznych mieszkańców pępek świata. Gdzieś tam w Krakowie, Warszawie, "Widniu" lub innej stolicy żył król, prezydent, czy wręcz "cysorz", ale konkretne oddziały różnych instytucji były w tym miasteczku nad Rabą. Tam się załatwiało sprawy urzędowe wybiegające ponad lokalne szczeble władzy, szukało zdrowia w szpitalu i sprawiedliwości w sądzie. Tam w czwartki na targowicę, jak nazywano plac targowy, ciągnęły liczne zaprzęgi wyładowane pokwikującymi prosiątkami w wiklinowych koszach. Stamtąd można było odjechać pociągiem w daleki świat. Tam wreszcie większość dzieci podejmowała naukę w szkołach wyższych od wiejskiego powszechniaka. Bochnia. Trzy mile od Grobli.

Czym dzisiaj jest dwadzieścia kilometrów? Kilkanaście minut jazdy samochodem, nieco więcej komunikacją zbiorową. Wysportowany, ekologicznie nastawiony rowerzysta pokona je w niecałą godzinę. A czy ktoś jeszcze przemierza ten dystans „per pedes”, nie w ramach pieszych rajdów, sportowych zawodów, marszów protestacyjnych, ale z konieczności? Wolne żarty. To nie tamte, przysłowiowe „moje czasy”.

Mile, wiorsty, węzły, kilometry. Szlak, trasa, droga. Do gwiazd, donikąd, do celu, do sukcesu, do klęski, do szczęścia. Droga bez powrotu. Życiowa. Gładka, prosta, łatwa, na skróty, albo też ciernista, kręta, wyboista w dosłownym lub przenośnym znaczeniu tych określeń. Kiedyś ponoć wszystkie prowadziły do Rzymu, dzisiaj w nieskończenie liczne punkty na mapie świata. Nie zmienił się tylko finał tej życiowej – od zawsze jest nim to, co ostatnio eufemistycznie nazywa się odejściem.


Droga - wędrówka, przemieszczanie się. Indywidualne lub zbiorowe. W ucieczce przed grozą wojny, kiedy indziej przed bezlitosną przyrodą, czasem przed własną przeszłością. Za chlebem, z ciekawości świata, w poszukiwaniu mitycznego złotego runa. Ale najczęściej w celach bardzo prozaicznych: do pracy, do szkoły, w odwiedziny do bliskich żyjących lub – jak całkiem niedawno - zmarłych. „Nie spoczniemy, aż dojdziemy”.

Wracam jednak do konkretnej trasy Grobla – Bochnia. Nie mam pojęcia, kiedy przejechał nią pierwszy autobus pasażerski (sądzę, że odpowiedzi na to pytanie mógłby udzielić pan Emil z Gliwic). W okresie mojego pomieszkiwania w stolicy powiatu, czyli pod koniec lat czterdziestych 20 wieku, sporadycznie i nieregularnie taki środek lokomocji się pojawiał, ale najpewniejsze były konne zaprzęgi i własne nogi – te ostatnie zwłaszcza dla młodzieży. Bo przecież chciało się, a czasem i musiało odwiedzić dom rodzinny poza feriami i wakacjami. Ot, choćby właśnie z okazji Wszystkich Świętych. O wolnych sobotach jeszcze nikt nie śnił, ale jeżeli święto wypadło w sobotę lub poniedziałek, warto było się na taką wyprawę zdecydować. To znaczy wyjść po lekcjach, czyli późnym popołudniem, minąć tory kolejowe, dłuuugą ulicę Proszowską, most na Rabie i mozolnie pokonywać kolejne etapy monotonnej równiny. Zanim dotarło się do następnego mostu, w Zielonej na Drwince, było już zupełnie ciemno, a w perspektywie pozostawał jeszcze kawał pustego gościńca zwanego wówczas wolskim, później sąsiedztwo tajemniczego, niepokojącego lasu i jeszcze bardziej niepokojącego cmentarza, by zobaczyć w końcu sadyby ludzkie. Próba skrócenia drogi przez Kurów albo Gajlówkę o tej późnojesiennej porze mogła się skończyć brodzeniem po kostki w błotnych kałużach.


O wiele przyjemniejsze były podobne marsze porą wiosenno-letnią. Kilometrów nie było mniej, ale otoczenie dzięki rozkwitłej przyrodzie nabierało innych barw. Dla większej motywacji podróż dzieliło się na odcinki, których stopniowe pokonywanie dawało poczucie osobistej satysfakcji. Z tych odcinków najbardziej znienawidzony był Baczków, wieś ciągnąca się w nieskończoność, z rzadko rozrzuconymi domami. Oddalona od szosy kępa olch, kryjąca oczko wodne powstałe ponoć na skutek zapadnięcia się rozpustnej karczmy, mogła stanowić ciekawostkę tylko za pierwszym, drugim razem, później spowszedniała. Jak przysłowiowego zbawienia wypatrywało się piaszczystej łachy Gawłówka, gdzie po prawej wśród sosen żółciła się typowa galicyjska szkółka, a po przeciwnej dość okazała placówka służb leśnych. Jeszcze kawałek i wchodziło się w cień delikatnie szumiącego, pachnącego żywicą boru, którego przeciwwagę stanowił widok dostojnego kościoła w Mikluszowicach, nie zasłonięty jeszcze żadnymi innymi budynkami. Zaraz potem skłaniał do zadumy wiekowy cmentarz, by za chwilę odsłonić młyn z czerwonej cegły w gaju morwowych drzew. O określonej porze roku można było znaleźć pod nimi spadłe drobne owoce, może nie nadzwyczaj smaczne, ale trącące egzotyką. No a jak się wreszcie wkroczyło do Dziewina, gdzie i piętrowy budynek szkolny, i sklep, i kilka kapliczek przydrożnych, dom ludowy z pomnikiem na dziedzińcu, to już było „z górki”. Do samej Zielonej polna pustynia złamana tylko skrzyżowaniem dróg Drwinia - Wola Drwińska. Tu z jednej strony stał żelazny krzyż na wysokim postumencie, z drugiej zaś kuźnia - obiekty uosabiające Boską i ludzką pomoc podróżującym. Kilka domów "na Zielonej", wysoki most na Drwince i kolejny, ostatni już odcinek pustki budowlanej: w którą stronę spojrzysz – łany zbóż poszatkowane miedzami. Wbrew pozorom miały te nagie przestrzenie pewien plus: można było bezkarnie urozmaicać sobie czas śpiewaniem piosenek, siłą rzeczy głównie marszowych. No i znikały pod podeszwami tenisówek te trzy mile, wskazówki zegara przesuwały się o cztery godziny, progi domu były coraz bliżej. A tam zmęczenie szybko uciekało przed studzienną wodą, kubkiem swojskiego „kwaśnego mleka”, przede wszystkim zaś pod wpływem znajomych kątów i bliskich osób. Zdarzyło mi się po takim pół-maratonie przetańczyć noc na sąsiedzkim weselu.

Ilekroć wypadnie mi jechać (bo przecież nie iść) tamtą trasą dzisiaj, zestawiam to, co widzę, z obrazami tkwiącymi w pamięci. Wolski gościniec spadł chyba do kategorii dróg polnych, za to asfaltówka od Świniar nabrała splendoru. O jej znaczeniu świadczy oficjalny numer oraz gąszcz znaków nakazu, zakazu, informujących, zachęcających bądź zniechęcających. Każda wieś ma swój urzędowy początek i koniec, każda pyszni się szeregami nowych, albo przynajmniej odnowionych domów, domków, willi, pałacyków otoczonych zielenią tudzież wymyślnymi ogrodzeniami. Zmniejszają się sukcesywnie niezabudowane przestrzenie, a Proszówki to już zupełnie inna miejscowość. Jednak samo słowo „droga” ma się dobrze i ciągle zajmuje sporo miejsca nie tylko w kodeksie dla kierowców, czy policyjnych raportach powypadkowych. Spotykamy je i w tekstach życzeń („Wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia”) i piosenkach wszelkiego rodzaju ( „Na drogę życia dostałam dwa kwiatki”, „Droga, którą idę, czasem błądzi w świetle dnia”, „Hej, drogo, dróżko, pod bombami, śmierć codziennie ścigała się z nami”), wreszcie w poezji wyższego lotu („Ile razem dróg przebytych, ile ścieżek przedeptanych...”). Mile - oprócz morskich - znikły, ale nie znikły same odległości. Do Bochni nadal jest... około 20 km.

A nam, wiecznym wędrowcom, co pozostało? „Iść, ciągle iść w stronę słońca?” Nie da rady – zbyt wiele widzimy innych celów do osiągnięcia. Oby tylko warte były trudów podróży.
Zatem „Szczęśliwej drogi, już czas, mapę życia w sercu masz...”
Maria Teresa


(tekst_MT_foto_domena_publiczna)

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Nick:




Reklama

Pogoda

pogoda

Ankieta

Brak przeprowadzanych ankiet.