'
Temat dniaStarosta Korta odebrał dotację 2,8 miliona złotych dla Ekonomika Turystyka i RekreacjaMałopolska MTB Film Festiwal Bezpieczeństwo publicznePoszukiwany listem gończym spowodował wypadek w Bogucicach
Bezpieczeństwo publicznePrzelali krew dla ratowania zdrowia i życia

Zapach floksówDrukuj



„Jeszcze tyle jesieni nas odmieni, zamieni, przejdą style i mody, i zabraknie urody...
Coraz więcej jest cienia, blakną stare wspomnienia…” /Agnieszka Osiecka/
Nie wiem, ile jeszcze jesieni będzie mnie odmieniać, jednak nie da się ukryć, że nadchodzi kolejna i trudno ją ignorować. Wprawdzie natłok aktualiów utrudnia rozmyślania o przemijalności świata, ale niezależnie od wszystkiego bociany odlecą, liście zżółkną i opadną, kwiaty nie wytrzymają nocnych chłodów.


I te właśnie, od zawsze powtarzające się zjawiska przyrody potrafią wyblakłe wspomnienia odświeżyć. Jakiś dźwięk, zapach, kształt niespodziewanie przywołuje obrazy głęboko schowane w zakamarkach umysłu. Dla mnie takim „odświeżaczem” jest o tej porze roku widok i zapach floksów - kwiatów dawniej bardzo popularnych, a w Grobli zwanych maślanką. Kwitnie toto do późnej przymrozków, w słoneczny dzień pachnie zniewalająco, a moje myśli cofa w odległy czas pierwszych doświadczeń poza rodzinnym domem, poza swojskim środowiskiem. Dlaczego? Spróbuję opowiedzieć.

W miłościwie nam panującym roku 2016 iluś tam absolwentów różnego rodzaju szkół, podobnie jak dziesiątki lat temu, przymierza się do kontynuowania nauki na wyższym poziomie. Pod koniec sierpnia chyba każdy już „wie, na czym siedzi”, nową placówkę poznał z bliska, nasłuchał się też o niej co nieco plotek od starszych kolegów. Niedługo odczuje „na własnej skórze” różnice między tym, co zostawił w rodzinnej wsi, a tym, co sobie wybrał, zwłaszcza jeżeli zmienia również miejsce zamieszkania. Zjawisko stare, aczkolwiek warunki, w jakich przychodzi uczyć się młodym pokoleniom, ulegają nieustannym zmianom. Wiemy coś o tym dzięki literaturze pięknej, pamiętnikom, autobiografiom, dokumentom wreszcie. Mimo to ośmielę się podzielić swoimi wspomnieniami, sięgającymi lat czterdziestych XX wieku.

Rok 1947. W czerwcu z rąk pana kierownika Piotra Błąkały otrzymałam świadectwo ukończenia szkoły powszechnej ze świadomością, że będę się uczyć dalej. Gdzie? Oczywiście w Bochni. Tam do wyboru były wówczas: gimnazjum ogólnokształcące („biała buda”), liceum pedagogiczne („czerwona buda”) oraz „handlówka”. Ale żeby do którejkolwiek z nich uczęszczać, trzeba gdzieś w pobliżu zamieszkać. Dojeżdżanie przy ówczesnym poziomie komunikacji nie wchodziło w rachubę, pozostawały dla chłopców bursa, dla dziewcząt jakaś skromna placówka Caritasu, dla wszystkich zaś najpowszechniejsze stancje prywatne. Moi rodzice wybrali tę właśnie opcję. Namiary, jak to się dzisiaj mówi, dostali od nieodżałowanej pamięci księdza Józefa Pączka, naszego grobelskiego, a później bocheńskiego katechety, żywo zainteresowanego moją edukacją. Adres (ulica Campi) wskazywał na sąsiedztwo najważniejszego szybu wiadomej kopalni. Mama pojechała na zwiady i wróciła zadowolona, że dom drewniany, nieduży, w ogrodzie, właścicielką jest starsza, samotna osoba zatrudniająca gosposię, dbającą o porządek i przygotowanie posiłków. Osobiście byłam nieco zawiedziona, bo marzyłam o kilkupiętrowej kamienicy – symbolu miejskości, ale trudno. Dla rodziców twardszym orzechem były koszty tego lokum. W trudnych latach powojennych wynajmowanie mieszkań dzieciom wiejskim stanowiło niebagatelne źródło zaopatrzenia w żywność: czynsz płaciło się w naturze. W moim na przykład wypadku miesięczny kontyngent – jak pamiętam - obejmował po dwa kilo mąki, kaszy, fasoli, pół kopy jaj, kilo białego sera, „pół metra” ziemniaków, bochenek chleba, osełkę masła, do tego parę złotych w gotówce - wszystko skrupulatnie ważone, liczone, odnotowywane w zeszycie. Za to zapewnioną miałam właściwą opiekę, niezłe wyżywienie, swobody tyle, ile trzeba w wieku dorastania, no i możliwość nabycia jakiej takiej, że tak powiem, ogłady towarzyskiej. Tę właściwą opiekę gwarantowała wspomniana wyżej starsza, samotna osoba, czyli pani Kazimiera, nauczycielka muzyki i śpiewu w jednej z dwóch istniejących wówczas w Bochni powszechnych szkół żeńskich.

Zakwaterowanie to problem istotny, ale nie jedyny. Trzeba było pomyśleć również o stosownej wyprawce. Wielostronne przygotowania w tej dziedzinie trwały całe lato. Obejmowały zaopatrzenie w rzeczy osobiste z pościelą (pierzynka!) włącznie, przybory toaletowe, m.in. pierwszą w życiu szczoteczkę do zębów (tak, tak,) no i oczywiście podstawowe przybory szkolne. Utkwiły mi w pamięci dwa przedmioty: ciemnoniebieski fartuch zwany chałatem oraz zeszyty w kratkę. Fartuch został uszyty z zakupionej na targu dziewiętnastowiecznej, długiej do kostek satynowej spódnicy, starannie wykończonej, ba!, podbitej perkalową podszewką, z której powstał drugi fartuch. Zeszyty zaś, przywiezione z „Zachodu” przez osiedloną tam po wojnie ciocię, wyróżniały się kratkami wdrukowanymi tak mocną czarną kreską, że pisane w nich cienkim piórem cyfry, czy litery trudno było odczytać. Pióro (wieczne!) dostałam od sąsiadki, która niedawno wróciła z długoletniej emigracji.

Wszystkie te zabiegi sprawiły, że stałam się w rodzinie postacią centralną, co wprawiało mnie w stan radosnego niepokoju. W głowie mnożyły się pytania, jak to będzie w tej Bochni, widzianej dotąd tylko raz podczas wycieczki do kopalni soli. Nowe mieszkanie, nowe grono koleżeńskie, nowa szkoła, nauczyciele, wymagania. Wszystko nowe, wszystko obce, na szczęście wzbudzające więcej ciekawości niż obaw. Koniec wakacji był w tamtym roku jakiś chłodny i deszczowy, ale historyczny dzień wyjazdu z domu dzieciństwa okazał się pełnym słońca. Tym razem furmanki, których z każdą mijaną miejscowością przybywało na gościńcu, załadowane były nie, jak w targowy czwartek, kojcami i koszami z towarem, ale węzełkami z uczniowskim dobytkiem, tobołkami z pościelą, czasem wypchanym słomą siennikiem. Wśród tego jaśniały świeżo umyte czupryny, grzywki, warkoczyki i błyskały rozszerzone ciekawością świata źrenice inteligentów in spe. Tu i ówdzie lśniła lakierowanym daszkiem granatowa z niebieską wypustką czapka gimnazjalnego weterana. On już miał za sobą te doświadczenia, które my, nowicjusze, mieliśmy dopiero zdobywać.

Dwie godziny na siedzisku ze snopka słomy przykrytego parcianym workiem i wreszcie na własne oczy mogłam zobaczyć miejsce znane tylko z relacji mamy. Biały, parterowy, kilkuizbowy dom w ogrodzie, wokół drewniane sztachety, furtka pod wielkim krzakiem bzu, brama wjazdowa na małe podwórko ocienione olbrzymim orzechem. Z lewej mały budynek gospodarczy, „wygódka”, z prawej drzwi wejściowe zaopatrzone w dzwonek uruchamiany pociągnięciem porcelanowej gałki uwiązanej na łańcuszku. Z wnętrza oprócz pani Kazi wyłoniła się rzeczona gosposia Kundzia, młoda dziewczyna z szopą silnie ufryzowanych blond włosów. Niebawem zobaczyłam też pokoik wysprzątany, z białą, markizetową firanką powiewającą w otwartym oknie. Miałam go dzielić ze starszą o dwa lata Gienią z Rajbrotu, również nowicjuszką w miejskiej szkole. W międzyczasie ujawnił się jeszcze jeden mieszkaniec domu: brązowy, przyjaźnie nastawiony do świata kundelek Szaruś. Kundzia podała obiad, także naszym rodzicom, a gdy ci ostatni pożegnali swe pociechy i odjechali, zaczęło się naprawdę inne życie.

Ze spodziewanych miejskich wygód potwierdziły się elektryczność i woda w kranie. Prąd poza oświetleniem służył do porannego gotowania mleka przynoszonego przez Kundzię od gospodarza gdzieś zza kopalni. Gdy czasem „wyskoczyły korki”, szło się po pana elektryka mieszkającego w tzw. folwarku przy Orackiej. Ten przychodził, wyciągał z torby pęk cieniuteńkich miedzianych drucików, jednym z nich zastępował tamten przepalony, wkręcał porcelanową gałkę na swoje miejsce i światło wracało do mieszkania. Woda też miała swoje kaprysy. Przede wszystkim dostępna była tylko w ciągu dnia. Kundzia, która spała w kuchni, o bladym świcie odkręcała kurek. Przez dłuższy czas wydobywały się z niego szumy, trzaski, czkawka i tym podobne dźwięki, stopniowo zamieniane w krople, z biegiem kolejnych minut przechodzące w ciągły strumień. Taki tryb pracy bocheńskich wodociągów powodował, że duży szaflik pod zlewem był co wieczór napełniany „na wszelki wypadek”. Funkcję łazienki spełniał kąt przy piecu kuchennym oraz dwie spore miednice. Dla utrzymania właściwej higieny można było w sobotę pójść do miejskiej łaźni i tam wymoczyć się w wannie. O ubikacji – drewnianej wygódce - już wspominałam. Jak więc widać, nie były to szczyty komfortu, ale dla wiejskich dzieci nic zaskakującego. Stancja miała za to niekwestionowane walory innego rodzaju: domową atmosferę, brak skrępowania no i samą panią Kazimierę z bogatym życiowym i pedagogicznym doświadczeniem, także z liczną rodziną rozsianą po południowej Polsce. Wizyty jej członków stwarzały okazję do opowieści o bardziej i mniej odległych losach tego klanu, w którym mieścił się i wybitny „wujciu ksiądz” Walenty Gadowski, i zaginiony gdzieś na zachodnich frontach oficer Tadeusz, i śląscy Durczokowie, a nawet przez jakieś odległe powinowactwa - Jan Matejko. Było czego słuchać w zimowe wieczory siedząc wokół dużego stołu, w kręgu światła żarówki osłoniętej blaszanym abażurem. Z pozoru mała, ale bardzo pojemna etażerka kusiła bardzo urozmaiconą literaturą, a strych okazał się magazynem przedwojennej i okupacyjnej prasy. Wiosną życie przesuwało się na zewnątrz domu. Stopniowo zresztą ogródek z drewnianą altanką okazał się za ciasny i zbyt znany, zaczęłyśmy więc w towarzystwie Szarusia, który uwielbiał takie eskapady, penetrować coraz dalsze tereny, okolice kopalni, stacji wodociągowej. Zdarzało się przebiec przez pola aż do drewnianego kościółka w Łapczycy.

Jeszcze częściej wyruszało się w przeciwną stronę, na centralną wtedy (dzisiaj chyba też?) ulicę Kazimierza Wielkiego, jako też do rynku, skąd przez całą dobę dobiegało bicie magistrackiego zegara. Tam można było podziwiać przejeżdżające samochody, oglądać sklepowe wystawy. Tam,”u Mikulskiego” lub „u Hillenbranda” kupowało się przybory szkolne, „u Broszkiewicza” najlepsze lody, a u pani Nawrockiej grylażowe cukierki, nawet jeszcze później, gdy te „biznesiki” przestały być własnością prywatną. Bo przecież moje bocheńskie lata 1947 – 1951 to jakby cała epoka: od powojennego liberalizmu i bogoojczyźnianej atmosfery wywodzącej się bezpośrednio z Dwudziestolecia, do apogeum stalinizmu.

A co to wszystko ma wspólnego z zapachem floksów? Otóż w ten pierwszy, słoneczny wrześniowy dzień odkryłam w ogródku pani Kazi znany mi zapach: wśród innych kwiatów rosły, kwitły i intensywnie pachniały okazałe kępy tej rośliny. Znana do tej pory jako maślanka, stała się floksem i symbolem nowego. Przede wszystkim nowej szkoły, o której też mam ochotę powspominać, ale już chyba innym razem.

Pozdrawiam letnio-jesiennie -
Maria Teresa


(Fot:galeria.swiatkwiatow.pl)


(Fot:klub.senior.pl)


Komentarze

#1 | RomanOst dnia 25 sierpień 2016 15:47
Pani Mario!
Dzięki Pani przypomniały mi się czasy mojej młodości, a szczególnie postać śp. ks. Pączka, który uczył mnie religii w małej salce pod Kościółkiem Szkolnym w Bochni. Nie wiedziałem, że był On również wikarym w Grobli. Pozdrawiam serdecznie!

Dodaj komentarz

Nick:




Reklama

Pogoda

pogoda

Ankieta

Brak przeprowadzanych ankiet.