'
Temat dniaWeekend z zabytkami powiatu - PROGRAM Gmina DrwiniaNARODOWE CZYTANIE - 2019 Gmina DrwiniaOBCHODY 80. ROCZNICY WYBUCHU II WOJNY ŚWIATOWEJ W GROBLI
Bezpieczeństwo publiczneZaproszenie krwiodawców do udziału w szlachetnej akcji

Był(a) sobie raz...(1)Drukuj





„Była sobie raz królewna, pokochała grajka…”
„Był sobie król, był sobie paź i była też królewna…”
„Był sobie dziad i baba, bardzo starzy oboje…”




Nic z tych rzeczy. Spieszę wyjaśnić: ten tekst nie będzie żadną bajką. Będzie jednym z kilku na temat nieżyjących już mieszkańców naszej wsi, którzy w swoim środowisku wyróżniali się jakimiś artystycznymi zdolnościami, czasem nawet dokonaniami. Zatem, nie umniejszając zasług dzisiejszych twórców ludowej sztuki, prezentowanej na dożynkowych uroczystościach, przypomnijmy sobie kogoś z dawnych lat. A więc:...

Był sobie raz… Antoni Wydra.
Upomniał się o niego jakiś czas temu pan Zdzisław, temat podchwycili inni komentatorzy, dzięki czemu postać ożyła. Maria Dorota zapowiedziała nawet dalszy ciąg, zanim jednak spełni swoją obietnicę, spróbujmy zebrać, co już o tym panu wiemy. Niestety, nie będą to wiadomości udokumentowane w ścisłym tego słowa znaczeniu, do czego zachęcał „emo”, ot, raczej skompilowane odpowiedzi kilku osób na pytanie: „Co wiem, co pamiętam o Antonim W.?”.


Nowo poznawanym przedstawiał się zwrotem „Wyderka jestem”, jego nazwisko zresztą było mało istotne – wystarczyło imię Antek lub po prostu Antoś. Był malarzem pokojowym, który uczył się i pracował jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym. Uczestniczył, jak twierdzi „emo”, w pierwszym malowaniu grobelskiego kościoła (być może wtedy przy fachowcach poznawał swoje rzemiosło), później pracował głównie na wyjazdach. Dłuższy czas przebywał w Zakopanem. Nie wiadomo, kiedy zaczęły się jego problemy zdrowotne, które poskutkowały całkowitą zmianą trybu życia: od późnej jesieni do zdecydowanej wiosny nie opuszczał mieszkania, a i latem nikt chyba nie widział go bez ciepłego swetra. Od wybuchu wojny do śmierci mieszkał nieprzerwanie w swojej rodzinnej miejscowości, czyli w Grobli, najpierw przy rodzinie, później w małym, zbudowanym na własne potrzeby domku. Domek ten, najprawdopodobniej zaprojektowany przez samego użytkownika, był dwupoziomowy. Dół to, mówiąc dosadnie, zagracona pracownia pełna puszek z farbami, butelek z chemikaliami, pędzli, blaszanych naczyń, no i tych ziół suszących się pod powałą. Pięterko zaś to lokalik mieszkalny, uzupełniony czymś w rodzaju balkonika, na którym nawet zimą można było zaczerpnąć świeżego powietrza.




W malowaniu mieszkań starał się pan Antoni nadążać za modą, więc w latach pięćdziesiątych nie sprawiło mu trudności przerzucenie się z kwiatowych, szablonowych wzorów na geometryczne „pikasy”. Co istotne, lubił czasem „machnąć” jakiś pejzażyk lub pojedynczy element natury, najczęściej na lnianym, tzw. sztywnym płótnie. Niektórzy pamiętają także bukiety czerwonych róż, maków i rumianków na czarnym tle. Obdarowywał nimi dziewczęta i młode gospodynie, kierując się przy ich wyborze sobie tylko wiadomymi kryteriami. Niestety, te dziełka, jako niemodne starocie, znikły wraz ze ścianami drewnianych chałup, za to, paradoksalnie, uchowała się makatka w jednym krakowskim mieszkaniu.
Wspomniane wyżej zamykanie się w domu na jesienno-zimowe chłody, uważane czasem za lekkie dziwactwo, nie przekreślało ogólnej sympatii, jaką się Antoś cieszył. Chętnie przyjmował gości: zarówno swoich rówieśników, jak i licealistów czy studentów, którzy pojawiali się we wsi podczas ferii. Grał z nimi w szachy i rozmawiał. A rozmawiać mógł na każdy temat. Z łatwością oceniał zarówno groźbę rosnących w potęgę Chin, jak i przedwojenne polskie kino, zwłaszcza uwielbianą (chyba) przez siebie Jadwigę Smosarską. Ba, pamiętam nawet jego dylemat językoznawczy. Zastanawiał się mianowicie, dlaczego męskie imię „Janek” gwarowo brzmi „Jonek”, a żeńska jego forma to „Janka”, nie zaś „Jonka”.



Był bystrym obserwatorem. Z własnych kontaktów i, nazwijmy to wprost, z plotek, tworzył sobie obraz bliźnich. Wykorzystywał go później w oryginalny sposób. Otóż pan Antoś, który z jakichś tam powodów nie założył rodziny, uwielbiał swatać. Nie narzucając się charakteryzował krótko, od niechcenia, jakiegoś kandydata do żeniaczki („…to jest chłopok perła, żeby tak jeszcze…”) i myślę, że w niejednym sercu zasiał ziarno zainteresowania lub zwątpienie w trafność planowanego wyboru.
Jako się rzekło, nasz bohater zimę spędzał w towarzystwie męskim. Kontakty z płcią piękną nadrabiał latem, kiedy w swetrze i pikowanej kufajce albo, odświętnie, w czarnej marynarce tudzież tyrolskim kapeluszu, przemierzał na swoim nieodłącznym rowerze drogi i dróżki, nie tylko grobelskie. Oczywiście gdzieś tam kupował materiały potrzebne do malowania, ale w chudych latach powojennych próbował także handlu, dziś powiedzielibyśmy, obwoźnego. Dysponując jedynie skromnym jednośladem, dostarczał gospodyniom, nie wiadomo jakim sposobem zdobyte, deficytowe artykuły. Zaliczył dzięki temu kilka dni w areszcie, zatrzymany przez MO w jakiejś zawiślańskiej miejscowości. Chyba po tym incydencie z handlu zrezygnował, za to nieustająco zajmował się zielarstwem. Znał się na leczniczych roślinach, wiedział gdzie ich szukać i w jakiej postaci używać.
Kiedy w okresie tzw. odwilży poststalinowskiej ożywiły się kontakty z krewnymi na Zachodzie, pan Antoś zaryzykował i któregoś lata wybrał się do, zdaje się, siostry, mieszkającej gdzieś na głębokiej francuskiej prowincji. Wrócił zdegustowany – nie tak wyobrażał sobie tamten świat.



W ogóle był ruchliwy. Przez długie lata zbierał datki na KUL, utrzymywał też kontakty z księżmi, którzy wcześniej pracowali w grobelskiej parafii. Odwiedzał m.in. ks. Eugeniusza Lupę w Tymbarku k/Limanowej, a później przez długie lata ks. Józefa Pączka w Bochni.
Ale przyszła starość zmuszająca do coraz większych ograniczeń. Antek „Wyderka” opierał się jej, jak mógł, podrasowywał swoją energię ziółkami, później nawet własnego wyrobu bimberkiem – wszystko do czasu. I w trakcie któregoś pobytu w rodzinnym domu na zapytanie „A co tam u Antosia?”, usłyszałam odpowiedź „Antoś nie żyje”. Niestety, z napisu na jego nagrobku nikt się nie dowie, jak barwnym był akcentem na grobelskim krajobrazie.

Z melancholijną refleksją nad przemijaniem – Maria Teresa

Komentarze

#1 | Z.K dnia 03 wrzesień 2014 01:11
To pieknie napisane-----.Moze Ktos opisze lata szkolne w czasie okupacji i problemy kierownika Szkoly w Grobli z wladzami okupacyjnymi o ktorej po cichu mowiono.
Tamte czasy zasluguja aby zachowac dla historii Szkoly bo przeciez mielismy przerwe w nauce
a jednak uczylismy sie po domach w malych grupkach-pomimo zakazu .
#2 | emo dnia 04 wrzesień 2014 21:56
Charakterystycznym identyfikatorem "Antosia" między innymi była autentyczność i kompetencja, które w szczególny sposób kształtowały jego wizerunek, o którym napisała Autorka p. Maria. Wyznawał zasadę że; "Nec me pudet fateri nescire, quod nesciam" - nie wstydzę się przyznać, że nie wiem tego, czego nie wiem. Jego charakterystyczny i oryginalny sposób bycia, łatwo rozpoznawalny w grobelskim środowisku, kreowały "Antosia" na Groblanina, który zasługuje na pamięć w społeczności Wiślańskiej.

Dodaj komentarz

Nick:




Reklama

Pogoda

pogoda

Ankieta

Brak przeprowadzanych ankiet.