'
Temat dniaPogotowie przeciwpowodziowe w powiecie bocheńskim Powiat Bocheński160 tys. złotych dla powiatu ułatwi życie osobom niepełnosprawnym Turystyka i RekreacjaMałopolska kolejny raz pomogła ratownikom wodnym i górskim
Bezpieczeństwo publiczneNie miał prawa jazdy - miał promile i wylądował w rowie!

Maj maturalnyDrukuj



Z czym się może człowiekowi kojarzyć słowo maj? Jak to z czym! Wiosna, zieleń, zapach bzów i konwalii, deszcz strącanych przez ciepły wiatr kwiatowych płatków. Rozbuchana w swym rozkwicie przyroda, ptasie gody, słowicze trele, ogólny optymizm natury. Jeżeli deszcz, to łagodny, ożywczy. Jeżeli burza, to raczej burza uczuć. "Maj, maj, maj, obiecałaś – serce daj, bo już nadszedł wonny maj..." Ale poza tym (dla osobników rodzaju ludzkiego) także i coś z innych półek: "Chwalcie łąki umajone" w kościele lub przy udekorowanej kapliczce, "Witaj, majowa jutrzenko" podczas uroczystości patriotycznych, a kiedyś tam "Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę" w pochodzie pierwszomajowym i Wyścig Pokoju. Różne doświadczenia mogliśmy i możemy zapisywać w kalendarzach naszego życia, w rozdziałach dotyczących piątego miesiąca roku. Trudno też byłoby nie dostrzec wśród nich czegoś, co wielu spośród nas ma za sobą albo przed sobą, tym bardziej, że ostatnio pokaźna część społeczeństwa jest w to, co najmniej pośrednio, zaangażowana. To „coś” to oczywiście matura ze swoją otoczką emocjonalną, którą tak pięknie i głęboko prawdziwie zobrazował Karol Kord w niżej przytoczonym wierszu.




Maj maturalny, maj pożegnalny i nagle wszystko jest inne
Myśli dojrzałe, pragnienia śmiałe, a serca ciągle dziecinne
Życie nas woła, żegna nas szkoła, i wiatr napełnia już żagle
Żegnaj, swawolna młodości szkolna, wszystko się stało tak nagle
Maj maturalny, sentymentalny zieloną chmurą nadpłynął
W pamięci jeszcze wzory i wieszcze, a w sercu bigbit i kino
Maj maturalny, niepowtarzalny, ten gorzki maj i radosny
Już nigdy w świecie w zimie, czy w lecie nie zapomnimy tej wiosny


Wiersz ten to tekst piosenki, śpiewanej przed laty przez duet D. Rinn/B. Czyżewski, ale jego właściwą treść odkryłam dopiero całkiem niedawno i stwierdziłam, iż całkowicie pokrywa się z moimi "okołomaturalnymi" odczuciami. Śmiem zaryzykować przypuszczenie, że podobnie czuje wielu aktualnych maturzystów, bo tak jak sto lat temu, dzisiaj również matura jest progiem, przekroczenie którego stawia człowieka w zupełnie nowej rzeczywistości - wszak nie bez przyczyny nazwano ją egzaminem dojrzałości. Od zawsze też kojarzy się z kwitnącymi kasztanami i od zawsze towarzyszy jej jakaś z niczym nieporównywalna magia. Zaś co do różnic?
Proszę pozwolić, że powspominam publicznie tamte „moje” dni – może ujawnię w ten sposób te różnice.
Więc jak to było z maturą kilkadziesiąt lat temu w świętej pamięci bocheńskim liceum pedagogicznym?


Dwie liczne klasy czwarte – w sumie około 90 delikwentów – czekało któregoś majowego wieczoru pod drzwiami pokoju nauczycielskiego, za którymi trwała niekończąca się narada, decydująca o dopuszczeniu do tegoż egzaminu. Delikwenci różnili się między sobą pod wieloma względami. Wiekiem (17 – 23 lata, wiadomo, wojna). Pochodzeniem (miasto – wieś, tutejsi – napływowi, różny status społeczny). Poziomem umysłowym (błyskotliwi prymusi, równie błyskotliwe lekkoduchy, ograniczone kujony, ograniczone tępaki). Wszyscy mieliśmy niepodważalny atut: oświata czekała na młodych nauczycieli, nawet dość byle jakich. Ten atut okazał się na tyle silny, że pedagogiczny areopag postanowił wszystkim dać szansę dlatego też mogliśmy - już jako abiturienci – rozejść się do domów, aby pozostałe dni spędzić na ostatecznych, wielostronnych przygotowaniach. Przygotowania te miały różną formę: wkuwanie zarówno w grupach jak i indywidualne, opracowanie ściąg (tak, tak!), wypracowanie odpowiedniego nastawienia psychicznego, wreszcie podbudowa duchowa. W tym wymiarze, poza księdzem katechetą Jakubem Topolskim, pomógł nauczyciel muzyki i śpiewu, pan Soja (Kazimierz?), który w prywatnym mieszkaniu ćwiczył z nami pieśni maryjne, mające uświetnić specjalną mszę w intencji abiturientów. Władze szkoły udawały, że nic o tym nie wiedzą – wszak stalinizm, a z nim niechęć do spraw kościelnych wkraczał w najostrzejszą fazę.

Same egzaminy miały się składać z części pisemnej i ustnej, ale w porównaniu z dzisiejszymi trwały o wiele krócej. Pisemne obejmowały pedagogikę, postrach większości – matematykę, oraz oczywiście język polski. (Tu jeden spośród tematów do wyboru dotyczył pierwszych utworów napisanych w stylu socrealistycznym). W części ustnej dochodził jeszcze język rosyjski oraz nauka o Polsce i świecie współczesnym. Wysoka ocena z pracy pisemnej powodowała zwolnienie z egzaminu ustnego.

Czasu mieliśmy o wiele mniej niż aktualni maturzyści. Parę dni przed pisemnymi, które zaczynały się bodaj 27 maja, później znów parę dni wolnych i 4 czerwca wszystkie ustne hurtem. Nie znaczy to, że było łatwo i bezstresowo. Profesorowie - nauczyciele przedwojenni, poważnie traktujący swoje zadania i wiedzący, co nas czeka po wakacjach, starali się przygotować jak najlepiej swoich następców, ale też umieli wymagać. Musieli przy tym wystrzegać się popełniania jakichś grzechów ideologicznych – władze, odgórna i oddolna (aktyw ZMP), - czuwały! Sympatyczny skądinąd przedstawiciel krakowskiego kuratorium oświaty siedział wśród członków komisji i przysłuchując się głównie temu, co młodzież wie o Polsce budującej socjalizm i otaczającym ją świecie.

Było więc sporo nerwów, ale za to później! Sama radość przeplatana łzami wzruszenia. Prywatne imprezy pożegnalne i ta oficjalna, przygotowana wspólnie z naszymi następcami. Co z niej pamiętam? Chyba tylko tekst pewnej piosenki? Pieśni?

Otóż mieliśmy, oprócz dużego chóru szkolnego, wokalną dziewiątkę, czy może dwunastkę, prowadzoną przez profesora, wspomnianego wyżej, pana Soję. Rzeczony profesor miał zacięcie kompozytorskie. Miał też żonę Zofię o zacięciu literackim, która do melodii męża tworzyła zgrabne teksty, w wyniku czego nasz chórek mógł zaśpiewać coś, co moim zdaniem zasługuje na przypomnienie.

Dziś dla nas, kochani, wszyscyście zebrani, grono, koledzy, szkoła żegna nas.
Przeminął szkolny czas i wiek młodzieńczy, ostatni raz dzisiaj niech wspólna dźwięczy pieśń
Wczoraj szkolne nas troski łączyły, dzisiaj życie podaje nam dłoń
Damy wiedzę, zapał i siły w nieznanego jutra toń.
Mkną szybko chwile i pójdzie każdy z nas w daleki świat
A wspomnień tyle za nami pomknie w ślad
Lecz gdy nadejdzie zwątpienia moment zły
To wtedy czasem pod powieką tęsknoty zapieką łzy
Bo życie między róże lubi wplatać głogi i nieraz groźne burze los nam ześle srogi
A wtedy serce do dawnych szkolnych będzie wracać lat
Gdy złudnym szczęściem czarował świat.

Prawda, że wzruszające? Nie wiem, może śpiewały to i późniejsze roczniki, ale my na pewno byliśmy pierwsi.
W ramach pożegnań był też bal. Na pełnym luzie, w dowolnych strojach, do białego rana, choć bez zastawionych stołów i na szkolnej sali gimnastycznej. Niestety nie istniał jeszcze wtedy (a szkoda!) piękny "Walc maturzystów" /Maj weselem serce urzekł, tańczy noc majowa, w noc beztroską po maturze tańczmy dziewczyno i my/.

A potem jeszcze udział w ogólnym zakończeniu roku szkolnego, wieczorna serenada pod oknem w imieniny dyrektora Jana, śpiewający udział w Dniach Morza urządzanych gdzieś nad Rabą. Niekończąca się frajda, ale też pierwsze sygnały życia na poważnie: powtórne czuwanie pod drzwiami pokoju nauczycielskiego tym razem w oczekiwaniu na nakazy pracy ze wskazaniem powiatu, gdzie należało się zgłosić w ciągu najbliższych tygodni. Oj, było trochę emocji. Mieliśmy się rozproszyć po całej Polsce, od Białostocczyzny po Opolskie. Znalazłam się w kilkuosobowej grupie skierowanej do Wadowic. Niespodziewanie /a może spodziewanie/ nasz profesor od przedmiotów pedagogicznych, Władysław Luszowiecki, zaoferował nam swoje towarzystwo w wyjeździe do tych Wadowic. Pojechaliśmy któregoś dnia, profesor przedstawił nas tamtejszym władzom oświatowym, zapewne szepnął też coś niecoś za naszymi plecami... no i cóż, trzeba było znowu czekać - teraz na szczegóły dotyczące przydziału konkretnych miejscowości.

Na szczęście pozostały jeszcze wakacje, ostatnie, więc siłą rzeczy nie takie już beztroskie. Przez miesiąc prowadziłyśmy w trójkę w Dziewinie dzieciniec, mający na celu opiekę nad przedszkolakami podczas prac żniwnych. Trzeba było zarobić parę złotych na start w dorosłe, samodzielne życie.

Coraz szybciej oddalał się „maj maturalny, niepowtarzalny, ten gorzki maj i radosny”, zaś następne lata utwierdzały w przekonaniu, że „Już nigdy w świecie w zimie, czy w lecie nie zapomnimy tej wiosny.”

Maria Teresa (z kciukami zaciśniętymi w intencji dzisiejszych maturzystów)

(foto_Pixabay)

Komentarze

#1 | szem dnia 18 maj 2018 18:39
Moja matura pozostała na trwale zapisana w pamięci. Przygotowania, egzamin,
oczekiwania na wyniki, komers, to przecież nie takt dawno, a jednak „prehistoria”. Niestety, jak się okazało stanęła przed człowiekiem z „dyplomem dojrzałości” nowa próba na Warszawskiej w Krakowie. I ta się udała. A później na fundamentach: grobelsko – bocheńsko – krakowskich, człowiek wznosił swój rodzinny dom.
Chociaż każda „Matura” posiada inną oprawę, - w zależności od szkoły, ale ten biedny maturzysta przeżywa podobnie.
Dobry artykuł i na czasie. Dzięki Mario.

Dodaj komentarz

Nick:




Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

Reklama

Pogoda

pogoda

Ankieta

Ankieta testowa

Tak

Nie

Nie mam zdania