'
Temat dniaWycieczka nordic walking dla wszystkich! Bezpieczeństwo publiczneSukcesy młodych strażaków z gminy Drwinia Województwo MałopolskieKukułcze jajo w szacowaniu szkód
Województwo MałopolskieNowy most na Wiśle połączy dwa województwa

GRZECHY DZIECIŃSTWA i nie tylko (2)Drukuj



No to ciągnijmy dalej ten, chyba nieco kontrowersyjny, temat.

„Takie owoce zdarzały się i w naszej społeczności” – napisałam w zakończeniu poprzedniego odcinka mojej gawędy. Fakt, zdarzały się i sama społeczność nie miała z tym większych problemów, nawet jeżeli rodzicem okazała się osoba duchowna. Były oczywiście jakieś komentarze między dorosłymi, dzieci podsłuchiwały, dziwiły się, nie rozumiały, ale nie śmiały pytać. Jak wspomniałam wcześniej, ta dziedzina stanowiła dla małoletnich tabu – im trudniej dostępne, tym bardziej atrakcyjne i kuszące. Inne grzechy dorosłych, jakieś kradzieże, głośne kłótnie gospodyń, bijatyki podchmielonych kawalerów na weselu, nie wzbudzały takiego zainteresowania. Były proste i jednoznaczne, podczas gdy te ze sfery obyczajowej – skazane na domysły, pełne niedomówień.


Trudno jednak w zbiorowości kogokolwiek całkowicie odizolować od życiowych zjawisk Zawsze zdarzyły się jakieś przecieki, które zbiorowym wysiłkiem rówieśników przekształcało się w określoną „wiedzę”, dotyczącą nie tylko aktualnych, ale i odległych wydarzeń, na przykład tego z początku XX wieku, kiedy grobelskie dzieci chrzciło się w Mikluszowicach. Wtedy to tamtejszy ksiądz odmówił nadania nieślubnej dziewczynce imienia wybranego przez matkę, wyznaczając jej, niejako z urzędu, na patronkę świętą Teklę. O samej świętej ludzie raczej nic nie wiedzieli, zaś samo niepopularne na wsi imię uznali za rodzaj napiętnowania. Przypomina mi się ta sprawa, ilekroć widzę na cmentarzu grób owej dziewczynki (dożyła zresztą szczęśliwie późnej starości).


Istniała opinia, że nieślubne dzieci, zwłaszcza dziewczynki, wyróżniają się dużą urodą i mają szczęście w życiu. Potwierdzałaby to historia innej, już nie dyskryminowanej przy chrzcie, panny, która tak dalece spodobała się chłopcu z bogatej miejscowej rodziny, że wbrew swoim rodzicom postanowił się z nią ożenić. Walka okraszona dramatycznymi scenami miała kilkuletni ciąg, ale miłość zwyciężyła i wszystko skończyło się weseliskiem.


Nie wszystkie sercowe perypetie miały tak pomyślny finał. Zdarzyło się, że zawiedziona dziewczyna nie darowała ukochanemu zdrady i na miarę swoich możliwości obmyśliła zemstę. W dzień ślubu swego niedoszłego wspięła się na wierzbę przy drodze, którą miał przejeżdżać weselny orszak. Nie zabrała ze sobą broni palnej ani żadnej innej. Zabrała wiadro popiołu i w odpowiednim momencie wysypała go na bryczkę z panem młodym.


Podobne wydarzenia stawały się tematem gorących komentarzy - wspominane przez całe lata były jak barwne plamki na szarym obrazie wiejskiego życia. Chyba można do nich zaliczyć również to, co poniżej: oto szanująca się młoda, zamożna gospodyni okazała się tak hojna, że przystojnemu, choć biednemu jak mysz kościelna parobkowi podarowała „korzec pola”. No i dobrze, no i pięknie, tylko dlaczego ludzie przyglądali się, które z jej kilkorga dzieci jest podobne do obdarowanego?


Na zakończenie jeszcze sylwetka autentycznej naszej krajanki, która mogłaby służyć za pierwowzór bohaterki, na przykład dla Marii Dąbrowskiej w jej „Ludziach stamtąd”. Pamiętam ją trochę, jak w długiej do kostek spódnicy, z szalikiem-pledem na plecach idzie rankiem do kościoła. Ale od początku.


Dawno, dawno temu żyła sobie na nadwiślańskich mokradłach dziewczynka o imieniu, dajmy na to, Jadwiga. Z rodziny miała tylko matkę, bezdomną i bezrolną wyrobnicę, która pracowała we dworze Kadenów „na Ispni”, a jak dwór przestał istnieć – u bogatszych gospodarzy. Po kolejnych nadziałach z gminnych i poklasztornych gruntów dostała lichutką parcelkę i jakimś cudem postawiła niewielką chałupinę. Jadźka tymczasem wyrosła na powabną dziołchę, niezbyt odporną na zaloty wiejskich kawalerów. Mimo biedy, a może właśnie z jej powodu, młodzież szukała rozrywek, siłą rzeczy prymitywnych. Pamiętam opis jednej z nich. Dwóch chłopaków odwróconych do siebie tyłem związywano powrósłem, każdy z nich się pochylał i w ten sposób tworzyli ze swoich grzbietów coś w rodzaju ławeczki. Na tej ławeczce siadała nasza Jadwisia zaopatrzona w blaszane kuchenne pokrywki, którymi miała w odpowiedniej chwili „klaskać”. Takie monstrum stawało wieczorem pod oknami jakiejś chałupy i straszyło domowników, którzy zresztą nieraz dołączali do zabawy, często zakrapianej okowitą. Wiadomo bowiem, że największa nawet bieda nie stanowi przeszkody w zdobyciu rozweselającego trunku. Beztroskie harce i swawole nie mogły pozostać bezkarne. Jadwiga dorobiła się dwojga dzieci, które trzeba było czymś karmić. Dla biedoty wiejskiej, poza pracą wyrobniczą, jedynym źródłem zarobku były saksy. Wyjazdy do Prus na sezonowe roboty to normalka, ale J. zaliczyła bardziej oryginalną przygodę. Przyszło jej podróżować do Danii i to statkiem, i to w czasie burzy morskiej. Opowiadała o tym po latach nam, małym dzieciom, wywołując dreszcze zgrozy. Ale za to, gdy potem czytałam Sienkiewiczowskie „Za chlebem”, opis burzy na oceanie wydał mi się wręcz znajomy.

Nasza bohaterka wracała z każdych saksów jak przykładna matka, aż po kolejnym powrocie zatrzymała się na dłużej. Wybrał bowiem tę „kobietę po przejściach” „mężczyzna z przeszłością”, który ponaglony przez okoliczności zdecydował się z nią ożenić, nie dbając na sprzeciwy swoich krewnych. Wniósł „w posagu” kawałek pola, niestety, parę lat potem zmarł, zostawiając wdowie poza tym polem dwie maleńkie córki. No i znowu trzeba było samotnej matce starać się o środki do życia. Jakimiś skomplikowanymi drogami znalazła się u zamożnej rodziny we Lwowie w charakterze mamki – karmicielki własną piersią cudzego dziecka. Wróciła z nowymi doświadczeniami i umiejętnościami, a wszystko wskazywało, że była bystra i pojętna. Znała się na „miastowej” kuchni i higienie, umiała doradzić w wielu sprawach młodym gospodyniom. Dalsze jej losy też nie były gładkie ani pozbawione „niemoralnych” akcentów, ale zostawmy je w niepamięci.

Ktoś może zapyta, po co o niej piszę? Od dawna uważałam tę postać za nietuzinkową ze względu na nietypowość życiowych perypetii. Nie mam zamiaru ani jej potępiać, ani gloryfikować - była po prostu człowiekiem ze wszystkimi cechami naszego gatunku. Przyszło jej istnieć w określonym czasie i określonym środowisku. Szarpała się z życiem pełnym pułapek, starała się nie poddawać, podnosić po każdym upadku. U tych, którzy ją znali, pozostawiła dobre wspomnienia.

Pewnie to wszystko trochę smętne, skierowujące myśli na gorsze strony ludzkiej natury, ale na ciemnym tle może wyraźniejszą się okaże jasność wiosennego, Wielkanocnego odrodzenia?
Jasnych myśli i skutecznego optymizmu na tę piękną porę życzy

Maria Teresa

(foto_magazyn_Pixabay)

Komentarze

Brak komentarzy. Może czas dodać swój?

Dodaj komentarz

Nick:




Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?

Reklama

Pogoda

pogoda

Czarne na białym...

Ankieta

Ankieta testowa

Tak

Nie

Nie mam zdania