'
Temat dniaPolicyjny pościg i zatrzymany nietrzeźwy kierowca KulturaUczniowie szkoły muzycznej wystąpią charytatywnie w bocheńskiej Bibliotece KulturaSpektakl teatralny w Świniarach pt. Lech, Czech i Rus
Bezpieczeństwo publicznePodzielili się najcenniejszym darem

Mucha, nasza wierna towarzyszkaDrukuj


Mucha mnie prześladuje. Już drugi dzień. Ktoś pomyśli: światem wstrząsają huragany, powodzie, klęski głodu i wojen, coraz wymyślniejsze podchody terrorystów, a ta przejmuje się muchą. No cóż, niech mnie usprawiedliwi wiek ograniczający możliwości niesienia pomocy poszkodowanym co najwyżej do wysłania skromnego datku, tym bardziej, że – choć zabrzmi to okrutnie - tamte nieszczęścia daleko, a moja mucha tuż obok. Zwykła domowa mucha. Nie żadna tam błyszcząca, mieniąca się szmaragdem plujka czy inna bolimuszka tylko najzwyklejsza, ciemnoszara, kuchenno – oborowa.

Wpadło toto nie wiadomo skąd i krąży bezgłośnie podążając za moją aurą. Nie zniechęca jej ani opędzanie się dłonią, ani szelest gazety, którą macham coraz bardziej zniecierpliwiona nachalnością, budzącą mordercze instynkty. Bo niby z jednej strony wiadomo: każde stworzenie jest po coś, także owad, z drugiej zaś człowiekowi, jako panu tegoż stworzenia, trudno się powstrzymać od tępienia wszystkiego, co mu w jakiś sposób przeszkadza. Mucha zaś od dawna (podobno istnieje już kilka milionów lat) należy do tych właśnie przeszkadzających, wręcz uprzykrzających życie, nawet jeżeli dzisiaj czyni to rzadziej niż dawniej.

Bo dawniej to ho, ho, były muchy, zwłaszcza na wsi, zjawiskiem, że tak powiem, masowym. Stajnie, obory, chlewy, kuchnie z obfitością wszelkiego rodzaju pokarmów stanowiły raj dla tych niepozornych stworzonek, których ilość przybierała, zwłaszcza pod koniec lata, monstrualne rozmiary. Obsiadały gęsto ściany pomieszczeń dla zwierząt, a i w kuchni, nad ciepłą po gotowaniu obiadu płytą, potrafiło się ich zgromadzić setki. Czy nikogo to nie wyprowadzało z równowagi? Ależ oczywiście, że tak! Zwłaszcza gospodynie szukały sposobów na unicestwienie natrętów, zwykle zresztą z marnym skutkiem.

W pomieszczeniach gospodarczych pomocnikami człowieka były w tym względzie jaskółki, ileż jednak mogły, nawet karmiąc pisklęta, skonsumować tego mrowia, kochającego żerować na ciepłej, niezbyt czystej sierści bydła? Krowy opędzały się machając długimi ogonami i potrząsając ze złością łbami, ale przy udoju, kiedy wymagano od nich bezruchu, trzeba było oganiać je rosochatą gałązką.

A w kuchni? Odkąd sięgam pamięcią istniały w sprzedaży lepy, których nie muszę opisywać, bo i dzisiaj są do nabycia, ale słaby dawały efekt. Moja mama, pewnie nie tylko ona, od czasu do czasu chowała możliwie wszystkie ruchome sprzęty, przynosiła gałązki (gałęzie?) jakiegoś bogato ulistnionego krzewu i bijąc nimi po ścianach i meblach zmuszała muchy do gwałtownej wyprowadzki. Jeżeli nawet niektórym udawało się przetrwać w jakimś zakamarku, to znakomita większość rejterowała, by przyczaić się na zewnątrz domu i czyhać na okazję powrotu do bezpiecznego azylu. Ale że cała operacja zwykle dokonywana była pod wieczór, owady skazane były na nocowanie w mniej komfortowych warunkach. W następne dni wszystko jednak wracało do stanu pierwotnego. Trudno przecież siedzieć latem w zamkniętych pomieszczeniach, więc część starych lokatorek natychmiast wracała do ciepłych kątów, inne dolatywały stopniowo i najdalej za dwie doby można było wszystko zaczynać od początku.

Któregoś roku pokazały się w handlu szklane pojemniki o przemyślnej konstrukcji. Nalewało się do nich stosownego płynu, na przykład serwatki, zwabione zapachem owady wchodziły pod klosz, ale nie były w stanie stamtąd wyjść i kończyły żywot w tejże serwatce. Zaś człowiek, okrutny sprawca tej hekatomby, mógł z sadystyczną satysfakcją podglądać coraz słabsze, bezradne gmeranie dziesiątków nóżek. Jeszcze bardziej radykalny okazywał się domorosły wynalazek oparty na bazie glinianego garnka. W takim garnku trzeba było wybić dno i zastąpić je płóciennym workiem obwiązanym wokół pozostałej skorupy. Wnętrze tejże skorupy smarowało się czymś dla much kuszącym, choćby naleśnikowym ciastem, całość stawiało w ciepłym miejscu. Wystarczyło kilka minut, żeby ścianki pokryły się żarłocznym rojem. Teraz szybkie nakrycie garnka ścierką, podniesienie go i energiczne potrząśnięcie powodowało uwięzienie zgromadzonych pasożytów w worku, bez możliwości wydostania się na zewnątrz. Ale i ta metoda nie dawała zadowalających rezultatów, tym bardziej, że wymagała czyjejś ciągłej obecności.

Aż wreszcie nadszedł ten dzień, dzień apokalipsy. W któryś poniedziałek mama przyniosła z jarmarku niewielką butelkę z ciemnego szkła. Na etykietce można było przeczytać nazwę AZOTOX oraz instrukcję dotyczącą użycia. Nie ma co się na ten temat rozpisywać, wystarczy stwierdzić, że jednorazowe zastosowanie tego specyfiku uwolniło dom od uciążliwych intruzów do zimy. O jego szkodliwości także dla ludzi nikt nie wiedział albo wiedzieć nie chciał. Niestety, w następne lata muchy coraz bardziej się nawet na tę truciznę uodporniały (cóż, nieokiełznana wola życia), trzeba było akcję powtarzać kilka razy w ciągu sezonu. Tak naprawdę problem się (prawie) rozwiązał dopiero wraz z ograniczeniem hodowli zwierząt. Że użyte powyżej słowo „prawie” jest zasadne, świadczą wciąż obecne na rynku lepy, plastikowe packi, przemyślne elektryczne paralizatory, no i ten trudny do pozbycia się żywy egzemplarz, tańczący swoje wygibasy nad moją głową. Niech tam, daruję jej życie, wszak sama natura niezbyt szczodrze ją pod tym względem obdarzyła (28 dni?), a i jesień za progiem...

Do widzenia, muchy, do widzenia lato!

Maria Teresa

PS. I tym oto dość błahym tematem wracam na łamy portalu Grobla net, który po dłuższych perturbacjach odzyskuje wigor, budzący nadzieję na kolejne nagrody.

(Zdjęcia_serwis foto_Pixabay).

Zdjęcia

  • mucha_1200_1_t1.jpg
  • mucha_1200_2_t1.jpg
  • mucha_1200_3_t1.jpg

Komentarze

#1 | emo dnia 06 wrzesień 2017 21:39
Niby błaha tematyka, a robi wrażenie. Taki sobie owad, bezlitośnie zwalczany, a wciąż wychodzi z opresji i pułapek jakie zastawia mu człowiek.

Pomimo tego, mucha do której większość czuje wstręt, znalazła swoje miejsce u wędkarzy, - w nazwie wabika, jak również u panów strojących "muszkami" szyje - w okolicznościowych strojach.
Pszczelarze także swoje "dobrodziejki" często nazywają muchami.

Brawo dla Autorki!

Dodaj komentarz

Nick:




Oceny

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą oceniać zawartość strony
Zaloguj się lub zarejestruj, żeby móc zagłosować.

Brak ocen. Może czas dodać swoją?