'
Temat dniaStarosta Korta odebrał dotację 2,8 miliona złotych dla Ekonomika Turystyka i RekreacjaMałopolska MTB Film Festiwal Bezpieczeństwo publicznePoszukiwany listem gończym spowodował wypadek w Bogucicach
Bezpieczeństwo publicznePrzelali krew dla ratowania zdrowia i życia

Reformy czy święta?Drukuj



Święta tuż tuż, przybywa choinek, aniołków, świat coraz bardziej błyszczy, mieni się sztucznymi klejnotami, pozorami bogactwa. Przygotowujemy się duchowo i materialnie, ale rzeczywistość skrzeczy narzucając problemy, które trudno zlekceważyć. Bo jak na przykład uciec od spraw szkoły, jeżeli dotykają one większości społeczeństwa od kilkulatków poczynając, na seniorach kończąc?

Widzimy/słyszymy zewsząd zażarte dyskusje dotyczące kolejnej reformy oświaty: słuszna ona czy niesłuszna, pożyteczna czy wręcz szkodliwa, korzystniej kształcić w systemie 6+3+3 czy też 8+4? Okazuje się przy okazji, że na oświacie (i na medycynie) znają się wszyscy.


Zmiany w szkolnictwie dokonywały się i dawniej, jednak raczej na zasadzie „Deus ex machina”: jacyś tam specjaliści opracowali jakąś tam koncepcję, wprowadzali w życie, a ono weryfikowało jej trafność. Do treści nauczania zwykle wtrącali się różnej maści ideolodzy, ale to już inna śpiewka. Co do tego mieli rodzice, a nie daj Boże uczniowie? Nawet kierowników/dyrektorów, nie mówiąc o szarych nauczycielach, nikt nie pytał o zdanie. To chyba dlatego, że nie mieliśmy prawdziwej demokracji! Nie to co teraz, kiedy każdy może sobie wypisać dowolne hasło na kawałku dykty i protestować, że hej, dzięki czemu mamy coraz większy zamęt. Czy się z niego wyłoni popiół, czy jednak diament, okaże się dopiero za parę lat i pewnie nie będzie ani tak dobrze, jak chcą optymiści, ani tak źle, jak wieszczą pesymiści. Póki co chyba już na pewno (który to raz?) powrócą klasy ósme. Kiedyś kończyły one szkołę średnią, wiele lat później, w dobie jedenastolatek, taką szkołę zaczynały. Po kolejnej reformie wróciły na końcówkę tym razem kształcenia podstawowego, by z kolei ustąpić miejsca gimnazjom. No a teraz znowu nadchodzą w zgiełku protestów, kłótni, powiem dosadnie – pyskówek.

A ja przy okazji wracam myślami do swoich szkolnych lat. Nie wiem dlaczego, ale w pierwszych latach po II wojnie do miejskich szkół powszechnych wprowadzono (na rok?, dwa?) klasy ósme. Dotyczyło to również bocheńskiej „Kingi”, w której pracowała wspominana kiedyś pani Kazia, właścicielka „mojej” stancji. Zapisała mnie ona, tzn. pani Kazia, do takiej klasy twierdząc, że za rok bardziej świadomie wybiorę dalszą drogę nauki. Dzięki temu otarłam się o tradycyjną, przedwojenną oświatę. Pozwolę sobie coś niecoś o tym opowiedzieć.


Żeńska Szkoła Powszechna nr 3 w Bochni (dziś – póki co – Gimnazjum nr 1) była szacowną placówką, w roku 1947 jeszcze całkiem w duchu międzywojennym. Nosiła imię królowej Kingi, więc na co dzień nazywało się ją po prostu Kingą. Klas ósmych było dwie, w każdej około 30 nastolatek. Nowe koleżanki to w większości bochnianki różnej proweniencji. Była wśród nich Wiśka, córka górnika i Kryśka, córka właściciela apteki, była Basia z rodziny kolejarza i Hania, córka prawnika Była Wala, córka krawca, a także Wiesia, córka właścicielki sklepu ze słodyczami. Były wreszcie bliźniaczki Wierka i Nadia z podmiejskiej leśniczówki. Wbrew panującym na wsi przekonaniom o miejskiej rozpuście okazały się grzecznymi, dobrze wychowanymi, skromnymi osobami.

Grono pedagogiczne w stu procentach damskie. Nauczycielki – panie z dłuższym lub krótszym przedwojennym stażem, w większości samotne. Ten status, wywodzący się chyba jeszcze z pozytywizmu, podkreślała tradycyjna forma nazwisk. Tak więc kierowniczką (dyrektorzy „rządzili” szkołami średnimi) była pani Maria Matejczykówna, chodząca powaga i dostojeństwo. Przedmiotami ścisłymi gnębiła nowoczesna i elegancka pani Korpalanka, która od czasu do czasu prowadziła nas do męskiej szkoły (Jachowicza) na dwugodzinną lekcję w pracowni fizyczno-chemicznej. Językiem obcym był francuski prowadzony przez madmoiselle S.,będącą zaprzeczeniem sloganu „Francja elegancja”. Nie sposób wymieniać wszystkich, ale wspomnę jeszcze o polonistce Ewie Śledziowskiej, która z takim przejęciem potrafiła przedstawić bohaterów na przykład „Syzyfowych prac”, że utkwili w pamięci na całe życie. No i o pani Rygielskiej, choć z zupełnie innego powodu. Otóż ta, pełna uczuć macierzyńskich matka dwojga dzieci, nauczycielka nauki o człowieku (biologia), rozczulająco rumieniła się przy niektórych „fizjologicznych” tematach, a na rozdział dotyczący rozmnażania po prostu „zabrakło jej czasu”, musiałyśmy więc uświadamiać się we własnym zakresie.

Któregoś dnia pani kierowniczka oznajmiła, że „wróciła pani Żychowiczówna, więc będzie gospodarstwo domowe”. Ten przedmiot sprowadzał się do nauki gotowania. Podzielone na grupy co parę tygodni przynosiłyśmy odpowiednie produkty i w szkolnej kuchni, oczywiście opalanej węglem, pichciłyśmy trzydaniowy obiad według wcześniej zapisanego i omówionego przepisu. Na pierwszy ogień poszła zupa grzybowa („przygotować smak z kości i jarzyn...”) oraz „bitki w sosie śmietanowym”. Pamiętam zarówno przepisy, jak i to, że z namoczonych wcześniej suszonych grzybów wypłynęły liczne, białe niteczki martwych robaczków.

Był jednak w tym babińcu rodzynek rodzaju męskiego: ksiądz Jakub Topolski. Zwykle poważny, chociaż nie ponury, raz omal nie udławił się ze śmiechu. A było tak, że ekscytowałyśmy się świeżą wiadomością o pracach (oczywiście w Ameryce) nad budową robotów. Żeby ostudzić nasz zachwyt, katecheta opowiedział anegdotkę o konstruktorze, któremu udało się takiego człekokształtnego cyborga wyprodukować i zatrudnić w roli osobistego lokaja. Super, ale pewnego razu coś się w skomplikowanym mechanizmie poprzestawiało, w wyniku czego pan zamiast filiżanki z kawą dostał od swego sługi metalową ręką „w zęby”. Miałyśmy najweselszą lekcję religii.

Marnie wyglądało wychowanie fizyczne: ot, gry towarzyskie w klasie albo infantylne zabawy na podwórzu, gdyż sala gimnastyczna była w rozsypce. Za to już we wrześniu w pokrytej brezentem przyczepie ciężarówki, pojechałyśmy podziwiać zamek w Nowym Wiśniczu, Kamienie Brodzińskiego oraz kościół św. Leonarda w Lipnicy Murowanej, by wreszcie dotrzeć do właściwego celu: zapory i elektrowni w Rożnowie. Kiedy indziej, po krótkiej podróży w towarowym wagonie, poznałyśmy proces powstawania słynnego piwa Okocim - ba, zostałyśmy nim poczęstowane. Niestety, wolałybyśmy były oranżadę.

Szkoła dbała także o rozwój artystyczny. Od czasu do czasu gromadziłyśmy się w auli, aby wysłuchać występu jakiegoś wędrownego artysty. Mógł to być na przykład muzyk grający na pile, albo gawędziarz urozmaicający swą opowieść o Władysławie Orkanie góralskimi melodiami granymi na harmonijce ustnej. Na przeciwnej szali, jeżeli idzie o poziom, umieszczę wyjazd na Moniuszkowską „Halkę” wystawianą w krakowskim teatrze im. Słowackiego.

Śpiewając w szkolnym chórze, uświetniałyśmy szkolne uroczystości. Jedną z nich były imieniny pani kierowniczki, drugą – wręczenie szkole sztandaru. Na pierwszej, oprócz jakiegoś stosownego „Niech żyje nam”, zaśpiewałyśmy nastrojową arietkę z przerobionym odpowiednio tekstem. Uroczystość druga to już poważniejsza sprawa. Sztandar oczywiście był poświęcany, zatem na chórze szkolnego kościoła zaprezentowałyśmy majestatyczną „Bogurodzicę” z tekstem J. Słowackiego, a także smętne „Błogosław Matko naszej biednej ziemi, tak przebogatej w nieszczęścia i łzy”. W świeckiej części, na dziecińcu szkolnym, zabrzmiały pieśni patriotyczne. Niestety, sztandar chyba niedługo cieszył się splendorem – wszak za progiem stały już regulacje zmierzające do świeckości szkoły. Na razie jednak w każdą niedzielę uczennice „Kingi” formowały się w grupy i maszerowały „na dziewiątkę” do wspomnianego wyżej kościółka szkolnego Przed nami o ósmej modliły się szkoły męskie, zaś później, na „dziesiątce”, szkoły średnie.

Co jeszcze pamiętam z tamtego roku? Ot, na przykład smak i zapach zwykłych bułek, jakie żona woźnego przynosiła z piekarni w wielkim koszu, by je sprzedawać siedząc na parapecie korytarzowego okna. Na zakończenie zdradzę największy grzech, jaki popełniła nasza wspaniała ósma A. W primaaprilisowy dzień po burzliwej naradzie uciekłyśmy otóż z lekcji, żeby siedzieć kilka godzin w wiosennym słońcu na pobliskich plantach. Nie uszło nam to na sucho: (nie)grzeczne panienki na trzeci okres (w tamtych latach rok szkolny podzielony był na 4 okresy) miały ze sprawowania ocenę zaledwie dobrą.

Parę miesięcy później pożegnałyśmy „Kingę” kameralnie, bez jakiegokolwiek zadęcia, przejęte raczej czekającymi nas egzaminami do klasy II szkoły prawdziwie średniej. A ta dotychczasowa, powszechna? W kolejnych latach zmieniła się w podstawową i koedukacyjną, grona nauczycielskie bocheńskich powszechniaków zostały przemieszane – rozbijano kolejne gniazda konserwatywnego wychowania. Rozpoczynała się nowa era w oświacie. Nic nadzwyczajnego, po prostu reforma.

Pal licho reformy, Boże Narodzenie za progiem! Zatem, moi mili, HEJ KOLĘDA, KOLĘDA, WESOŁYCH ŚWIĄT !

Maria Teresa


(Dawna Szkoła im. Księżnej Kingi/foto:domena_publiczna)

Komentarze

#1 | filolog dnia 15 maj 2017 01:11
Miło przeczytać. Po latach bardzo ciekawe, mało różnic jak na dziś. ja kończyłem w latach 80, ale wygląda to podobnie..

Dodaj komentarz

Nick:




Reklama

Pogoda

pogoda

Ankieta

Brak przeprowadzanych ankiet.