'
Temat dniaStarosta Korta odebrał dotację 2,8 miliona złotych dla Ekonomika Turystyka i RekreacjaMałopolska MTB Film Festiwal Bezpieczeństwo publicznePoszukiwany listem gończym spowodował wypadek w Bogucicach
Bezpieczeństwo publicznePrzelali krew dla ratowania zdrowia i życia

Polska to ja, ty, myDrukuj




Patriotyzm to piękne słowo, gorące uczucie, cudowna wartość, potrzeba serca, element honoru, temat, o którym pisało tylu poetów. Jan Paweł II mówił, że „patriotyzm oznacza umiłowanie tego, co ojczyste: umiłowanie historii, tradycji, języka czy samego krajobrazu ojczystego”.

Patriotyzm z definicji oznacza miłość do ojczyzny. Patriotami byli i są ludzie, którzy nie bali się walczyć i oddać życia za ojczyznę, za wolność rodaków. Czy ja, zatem mogę powiedzieć o sobie, że jestem patriotką? Mam nadzieję, że w obliczu zagrożenia i mnie nie zabrakłoby odwagi. Nie wiem tego jednak na pewno. Na szczęście żyję w czasach pokoju. Mam dopiero trzynaście lat i nie byłam zmuszona walczyć w obronie swojego kraju, którym jest Polska. Stefan Wyszyński mówił „ sztuką jest umierać dla ojczyzny, ale największą sztuką jest dobrze żyć dla niej”. Czuję, że patriotyzm jest dla mnie wartością, że mam go w swoim sercu. Jak uważają wielcy nie trzeba umierać, wystarczy żyć. To nasze zachowanie i myślenie może być tak samo ważne jak śmierć bohaterów. Mój patriotyzm to na pewno nie jest tak głębokie uczucie, o jakim mówi papież. Jestem tylko nastolatką i jeszcze nie potrafię delektować się lekcjami historii i ojczystym językiem. Dla mnie patriotyzm jest miłością i przywiązaniem do miejsca, z którego pochodzę, do domu rodzinnego, gdzie się urodziłam i do dziś wychowuję, do szkoły, kolegów, koleżanek, pań, które mnie uczą, do domu kultury, w którym często bywam, do orkiestry, w której gram. Możliwe, że mój patriotyzm to dopiero maleńkie ziarenko, które rozwija we mnie lokalna ojczyzna i moja rodzina.

Pierwszymi ważnymi osobami, którzy uczyli mnie miłości do rodzinnej ziemi, byli rodzice. To z nimi chodziłam na pierwsze spacery. Poznawałam swoją miejscowość, drzewa, rośliny, zwierzęta, Wisłę. Z moją rodzimą rzeką, którą co dzień obserwuję ze swojego okna czuję się naprawdę związana, bo bardzo wiele chwil z mojego dzieciństwa spędzałam właśnie nad nią, spacerując z rodzicami i rodzeństwem lub urządzając sobie pikniki rodzinne. Trudno jest mi sobie wyobrazić, że kiedyś może się przeprowadzę i już nie będę mogła patrzeć na nią codziennie o zachodzie słońca. Moich rodziców i dziadków interesuje los Polski. Na bieżąco śledzą wydarzenia w kraju, czytają gazety, książki, biorą udział w wyborach. Starają się nam pokazać, że ważne jest oglądanie wiadomości, czytanie prasowych doniesień i branie udziału w ważnych wydarzeniach kulturalnych, patriotycznych. Jak nie raz słyszałam z ust moich dziadków, że losy mojej rodziny nie zawsze były spokojne, przecież i moi pradziadkowie żyli w czasach wojny. Wiąże się z tym wiele bardzo ciekawych historii. Opiszę parę z nich.

W czasie I wojny światowej, kiedy mój pradziadek Szymon miał 10 lat, front rosyjski odpierał Niemców na zachód. Niemieccy żołnierze byli bardzo słabo wyposażeni, więc grabili ludzi z całego dobytku. Rodzice mojego pradziadka ukryli wszystkie konie i wozy w lesie rosnącym przy ich domu. Po kilku godzinach kazali iść pradziadkowi do lasu sprawdzić czy wszystkie wozy i konie są na swoim miejscu i czy w ogóle tam są. Okazało się, że w lesie w miejscu, gdzie była skrytka, Niemcy postanowili utworzyć swoje okopy. Gdy pradziadek podszedł, żołnierz, który stał na warcie zobaczył go, złapał i po niemiecku rozkazał 10-latkowi, aby poszedł z nim. Kiedy mały Szymon długo nie wracał, wujek chłopca kazał iść swojemu synowi Jędrkowi szukać Szymonka. Z Jędrkiem żołnierze zrobili to samo. Gdy ten długo nie wracał, rodzice zaczęli martwić się, że chłopcom naprawdę mogło przytrafić się coś złego, dlatego ich ojcowie poszli ich szukać. Gdy wartownicy ujrzeli dwóch mężczyzn, ich też pojmali. Niemcy stwierdzili, że tatusiów wywiozą na roboty do Niemiec, a chłopców puszczą do domu, ponieważ są za młodzi. W Wadowicach partyzantka specjalnie uszkodziła szyny, więc pociąg musiał się zatrzymać. To wtedy tatom pradziadka i jego kuzyna udało się uciec. Wychudzonym, zmęczonym i głodnym mężczyznom udało się dotrzeć do domu dopiero po trzech tygodniach tułaczki po lesie. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Kiedy mój pradziadek Szymek był już dorosły ożenił się i miał trójkę dzieci. Po jakimś czasie jego żona zmarła i został sam z trójką maluchów. W czasie II Wojny Światowej po lasach grasowało wiele band podszywających się za partyzantkę. Gdy pradziadek pewnego dnia pracował na podwórzu, z lasu wyskoczył bandzior i krzyknął „Ręce do góry!”, zapytał o nazwisko, pradziadek powiedział „Co cię to obchodzi?!”, wtedy bandzior zdenerwował się i uderzył go pięścią w twarz, a następnie zmusił dziadka, aby ten zaprząg dla niego wóz i zawiózł go do wsi Wojakowa. Gdy tato odjechał dzieci bardzo płakały i prosiły, aby go nigdzie nie zabierać. Po drodze bandyta wpadł jeszcze do jednego gospodarstwa i zabrał konia. Kiedy dotarli do miejscowości Rajbrot, bandzior kazał pradziadkowi się zatrzymać i czekać na niego. W tym czasie wieść o porwaniu rozniosła się po okolicy i już trwały poszukiwania ojca trójki dzieci. Pradziadek czekał już kilka godzin a bandyta nie wracał, choć był środek nocy. Pradziadek, choć bardzo się bał stwierdził, że wróci do domu do swoich dzieci, aby się już nie zamartwiały.

Te i wiele innych opowiadań słyszałam w rodzinie mojej mamy. Losy dziadków ze strony taty też były ciekawe. Mój dziadek świetnie mówi po francusku. Przez wiele lat tłumaczył wiele francuskich listów, załatwiał wiele formalności we Francji na rzecz innych ludzi, którzy prosili go o pomoc. Jego rodzice w czasach pierwszej wojny światowej, emigrowali do Francji w poszukiwaniu lepszego i spokojniejszego bytu. To tam urodził się on i jego starsza siostra. Gdy dziadek miał czternaście lat, jego rodzice postanowili wrócić do Polski. Nie dlatego, że było tam lepiej. Wrócili do swojej ziemi, do rodziny, którą zostawili. Bardzo tęsknili, Francja nigdy nie zastąpiła im Polski. Myślę, że ciągnęło ich do Polski umiłowanie ojczystej ziemi. Przyszło im żyć po powrocie w trudnych czasach komunizmu. Uprawiając ziemię, ciężko pracowali, budowali lepszą przyszłość dla mnie. Mimo iż pochodzili z małej wsi, wykształcili dzieci, upatrując w tym szansę dla nich. Takie historie pokazują mi jak dużo przeszli moi dziadkowie i jak bardzo kochali ten skrawek ziemi, gdzie ja przyszłam na świat. Mieszkam w domu, który kształtowało już tyle pokoleń. W domu rodzinnym poznałam Boga, religię, wartości moralne i duchowe, które też postrzegam, jako patriotyzm. Ksiądz, kościół, wspólna modlitwa z rodziną i ludźmi, których znam. Wierzymy w to samo. Mamy wspólne cele wynikające z życia parafii. Pomagamy sobie, bo komuś spaliło się mieszkanie, innemu trąba powietrzna zburzyła dom. Organizujemy zbiórkę na chorego na raka Szymonka, pomagamy dzieciom niepełnosprawnym, które żyją w naszej społeczności. Jestem dumna, że tu mieszkam, stad się wywodzą moje korzenie.

Kolejnym ważnym kamieniem w budowaniu mojego patriotyzmu były przedszkole i szkoła. Tu, uczyłam się hymnu narodowego, poznawałam symbole narodowe, brałam udział w konkursach plastycznych, muzycznych, recytatorskich. Poznawałam wiersze, piosenki, postacie związane z moją ojczyzną, rozwijałam swój ojczysty język i poznawałam swoją gminę. Spotykaliśmy się ze sobą, czasem byli z nami rodzice, czasem dziadkowie. Wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. Kolejne wspaniałe osoby kształtowały mój światopogląd. Tymi osobami byli nauczyciele, którzy dbali o to, abym zawsze pamiętała, że jestem Polką i że Polska to moja ojczyzna. Od zawsze budziła we mnie podziw patronka szkoły, do której uczęszczałam, polska poetka Maria Konopnicka. Jej twórczość poetycka była przepełniona miłością do ojczyzny, do tradycji i kultury polskiej. Artystka pokazała, że była odważna, potrafiła walczyć o to, w co wierzyła. Nie bała się wspierać Polaków w ciężkich czasach. Czyniła to pisaniem o Polsce i o tym, ile już przeszedł naród Polski, choć groziła jej za to kara śmierci. Wierzę, że w pełni zasłużyła na tytuł patronki naszej szkoły.

W mojej lokalnej miejscowości nie brakuje patriotycznych wzorów do naśladowania. Jedną z ciekawych postaci jest Władysław Rutkowski. Był poetą, który pisał o swoim domu i swoich bliskich, jako o ojczyźnie, o miejscu i ludziach, które pamięta się zawsze i na których zawsze można liczyć. Okres okupacji niemieckiej częściowo spędził w Grobli, która sąsiaduje z moją rodzinną miejscowością, działając w konspiracji. Poszukiwany przez Niemców został zmuszony do ucieczki. Po wojnie wrócił do Grobli, a uznawszy, że „czyn ważniejszy jest od słowa”, wpadł w wir działalności społeczno-politycznej. Szczególnie dwie dziedziny życia zawładnęły nim bez reszty-oświata i kultura. Pomagał grobelskiej młodzieży zdobywać wykształcenie. Zaraz po wojnie zorganizował pierwszą w Grobli bibliotekę publiczną, z której i ja do dziś wypożyczam książki. W swoich wierszach twierdził, że gdy nie posiada się rodziny o wiele trudniej jest iść przez życie, ponieważ gdy ją posiadasz wiesz, że zawsze w razie nieszczęścia lub jakichś niepowodzeń masz gdzie wrócić. Grobelski Dom Kultury dużo dla mnie znaczy. To w nim odbywają się próby Orkiestry Dętej Grobla, do której należę. Odbywają się tam konkursy recytatorskie, plastyczne, literackie, muzyczne. Jak już wspomniałam, tam mieści się biblioteka, w której systematycznie pożyczam książki. Są tam organizowane spotkania okolicznościowe, kształtujące moją wiedzę dotyczącą losów i historii mojej miejscowości, kultury polskiej i ludzi takich jak Władysław Rutkowski, Maria Konopnicka. Dziś nie ma ich z nami, ale to co uczynili, napisali, zostawili ja odkrywam na co dzień.

W mojej małej miejscowości (Świniary), niedaleko szkoły, znajduje się grób Antoniego Knapa, austriackiego oficera żyjącego w czasach drugiej wojny światowej. Antoni Knap został postrzelony przypadkowo przy szkole w Świniarach, przez pocisk wystrzelony z drugiej strony Wisły. Polacy pochowali go przy przydrożnej kapliczce. Po jakimś czasie przyjechała do Polski jego rodzina z Austrii, aby zabrać prochy do swojej ojczyzny, lecz kiedy zobaczyła jak mieszkańcy Świniar dbają o grób, sprzątają go, zapalają znicze, wzruszyli się i postanowili je tam zostawić. Teraz uczniowie szkoły w Świniarach przychodzą kilka razy w roku pod kapliczkę, aby zrobić tam porządek i żeby jego rodzina nie musiała się już martwić. Cieszę się, że obcy żołnierz znalazł spokój w mojej małej ojczyźnie, że znajdują się ludzie, którzy troszczą się o jego grób, a drewniany Chrystus z kapliczki patrzy na to wszystko z dobrotliwym uśmiechem.

Rodzina, dom, szkoła, sąsiedzi, parafia, gmina to społeczności, które rozwijają moje myślenia, uczucia, wiedzę. Więzi, które tworzę sprawiają, że się przywiązuję, że kocham to, co mnie otacza, ludzi, krajobraz, szkołę, park, Wisłę. Jestem pewna, że to jest patriotyzm, że potrafiłabym o to wszystko walczyć, gdyby kiedyś ktoś chciał mi to zabrać.

Amelia Gumuła Świniary

Amelia Gumuła została laureatką konkursu literackiego w kategorii szkół podstawowych ogłoszonego przez Fundacje Księdza Mieczysława Malińskiego "Będzie Lepiej".
14 stycznia 2016 roku w Filharmonii im. Karola Szymanowskiego w Krakowie odbyło się uroczyste wręczenie nagród laureatom Konkursu Literackiego „Wrażliwość na Polskę”.

Komentarze

#1 | M. T. dnia 16 luty 2016 15:49
Co tu komentować, można tylko złożyć serdeczne gratulacje i życzyć ciągle takiej samej młodzieńczej wrażliwości, jaką Autorka wykazuje w nagrodzonym tekście. Zatem gratuluję nagrody i życzę dalszych sukcesów.

Dodaj komentarz

Nick:




Reklama

Pogoda

pogoda

Ankieta

Brak przeprowadzanych ankiet.